6 lat do siebie
Mija 6 lat od kiedy podjęłam decyzję, że tak już nie chcę żyć.
Na autopilocie.
W schematach i przekonaniach, które nie były moje.
Nie wiedziałam wtedy, czego chcę.
Ale wiedziałam jedno, chcę być wolna.
Nie tylko finansowo.
Przede wszystkim od tego, co „powinnam”.
Już wtedy czułam, że jestem tu po coś więcej.
Nie po to, żeby tylko się przez życie prześlizgnąć.
Nie wiedziałam tylko, że otwieram puszkę Pandory.
Nie wiedziałam, jak daleko jestem od siebie.
Nie postrzegam siebie jako jednostki a przez pryzmat ról i masek jakie nosiłam.
Że mówię jedno, robię drugie, a myślę trzecie.
Że będę spadać, kiedy już wydaje mi się, że jestem na górze.
Przez te lata przeszłam przez wiele narzędzi.
Terapię, hipnozę, radykalne wybaczanie, samotna pieszą pielgrzymkę, i inne drogi, które do dziś mi służą.
Ale długo to była nauka. Szukanie. Poprawianie.
Ostatni rok był inny.
Dziś dopiero to widzę.
To nie był już rok nauki.
To był rok praktyki.
Wdrażania tego, czego uczyłam się przez poprzednie lata.
Stawiania granic.
Mówienia „nie”.
Słuchania swojego ciała.
Wybierania siebie, nawet kiedy bolało.
I to był najtrudniejszy etap.
Bo to już nie była teoria.
To było życie.
Dziś widzę, że to był rok budowania fundamentów.
Tych moich, wewnętrznych.
I przyszła akceptacja.
Bez oceniania upadków, cieni i błędów.
Z wdzięcznością za to, że doprowadziły mnie dokładnie tutaj.
Dziś czuję spokój.
Nie dlatego, że wszystko jest idealne.
Tylko dlatego, że przestałam ze sobą walczyć.
I coraz częściej łapię się na tym, że mówię na głos:
mam swój wymodlony dom.
Nie budynek.
Tylko ten wewnętrzny.
Pełen ciepła, miłości i spokoju.
Afirmacja na dziś:
„Akceptuję swoją drogę w całości.
Każdy krok, nawet trudny, prowadzi mnie do mojego wewnętrznego domu.”
18 marca 2026
Simply Me