“Moje Camino”
Dwa lata temu wyszłam w moją samotną pielgrzymkę na Camino de Santiago.
Pamiętam bardzo dokładnie moment, kiedy pojawiło się to pragnienie. Najpierw była myśl, kiedy pierwszy raz usłyszałam o tym szlaku: fajnie byłoby kiedyś pójść. Z czasem ta myśl wracała coraz częściej, aż w końcu stała się decyzją. Szybko też poczułam że muszę iść sama ze sobą w tę drogę.
Facebook przypomniał mi wspomnienie pierwszej pieczątki w moim paszporcie pielgrzyma. Ten mały znak był początkiem czegoś znacznie większego.
Wracając myślami do tamtego czasu czuję ogromne wzruszenie. To był jeden z najpiękniejszych tygodni w moim świadomym, dorosłym życiu.
I wciąż ta droga jest we mnie żywa, jakby to było wczoraj.
Już pierwszego dnia dostałam wskazówkę.
Zagapiłam się na pasące się obok szlaku krówki i przez to ominęłam znak. Zeszłam ze szlaku spory kawałek.
Zanim się zorientowałam, że coś chyba jest nie tak, doszłam do miejsca z wieloma domami. W jednym z nich, na ogródku, była kobieta. Nie rozumiała angielskiego, ale jakoś się porozumiałyśmy i mnie cofnęła. Wróciłam z powrotem i pomyślałam wtedy, jak często w życiu przegapiamy znaki.
Przez pośpiech, przez zagapienie, przez działanie na automacie mijamy je, nawet tego nie zauważając.
Drugiego dnia dostałam bardzo wyraźną lekcję.
O zaufaniu.
Dwa razy wyszłam na miejsce wyjścia na szlak i dwa razy się cofnęłam, bo nie byłam pewna, czy dobrze idę. Szukałam kogoś, kto potwierdzi mi drogę.
Spotkałam starszego pana i znowu on nie mówił po angielsku, ja nie mówiłam po hiszpańsku.
A jednak jakoś się zrozumieliśmy.
Powiedział, że idę w dobrym kierunku. Szliśmy chwilę razem, rozmawiając trochę po swojemu.
Zaprowadził mnie dokładnie w to samo miejsce, z którego już dwa razy wcześniej zawróciłam.
Kilka minut później wiedziałam już z całkowitą pewnością, że to jest o zaufaniu. O zaufaniu do samej siebie.
Każdego dnia dostawałam jakieś lekcje i wskazówki. O sobie.
Przez cztery dni nie spotkałam kompletnie nikogo.
Dopiero czwartego dnia, przed wyjściem na szlak, natrafiłam na „jadalnię pielgrzyma”, a byłam pewna że będę szła tylko o proteinowym batonie, bo tak rano wszystko pozamykane w tych malutkich miejscowościach, więc szczęśliwa jadłam. I wtedy pomyślałam coś, co dziś pamiętam bardzo wyraźnie.
Przecież cały czas w głowie miałam myśl, że muszę iść sama.
Może dlatego nikogo nie spotykam.
W ciszy powiedziałam wtedy:
Boże… ale mnie chodziło o to, że mam wyjść sama z domu.
Nie że mam iść sama na całym szlaku.
Jeszcze tego samego dnia, już po południu, spotkałam rodzinę przy zejściu ze szlaku.
Dziś poza lekcjami które wyniosłam te dwa lata temu widzę, że ta pielgrzymka pokazała mi coś bardzo ważnego, że jestem jednostką, indywidualnością wystarczającą taką jak jestem. Zrozumiałam, że jestem całością sama w sobie.
Nie potrzebuję nikogo, żeby być szczęśliwa.
Na tej drodze byłam naprawdę każdego dnia sama ze sobą, troszcząc się o siebie i idąc swoim rytmem.
I nie mówię tutaj o skrajności. Pięknie być wśród ludzi którzy cię kochają.
Ja zrozumiałam, że dla siebie potrafię być dobra, wyrozumiała, zaopiekować się sobą i nie czuję pustki że coś mi brakuje…
Spędziłam pięć dni w obcym kraju, w górach, w których nigdy wcześniej nie byłam, nawet w polskich. Bez znajomości języka.
Byłam przekonana że dogadam się po angielsku, a tam już w górach nie było to takie oczywiste i raczej trzeba było po hiszpańsku próbować ze słownikiem.
A jednak ani przez chwilę nie czułam się zagubiona, samotna czy że brakowało mi tego dopełnienia drugiej osoby. Odwrotnie, byłam dla siebie more than enough.
Od początku wiedziałam, że jestem prowadzona.
Pisząc to, zauważam jeszcze jedno: jak bardzo brakuje mi tego zaufania na co dzień. W jego miejsce wkrada się kontrola.
A przecież wiem, że potrafię ufać bezgranicznie, tak jak tam w górach, dzień za dniem.
Więc dziś Simply me mi przypomina:
Ufaj prowadzeniu.
I ufaj sobie.
Wracaj do Camino za każdym razem kiedy wątpisz czy kontrolujesz. Tam jesteś ty i twoje zaufanie.
Afirmacja na dziś:
„Uczę się ufać sobie tak, jak ufałam wtedy na drodze.”
09 marca 2026
Simply Me