Most między światami, kiedy most wydaje się za długi
Zanim przeczytasz ten wpis, chcę zaprosić Cię do mojego pierwszego tekstu na tym blogu – również zatytułowanego „Most między światami”. Napisałam go w czerwcu zeszłego roku, kiedy powstawał blog, zaczynałam poznawać siebie i uczyć się, kim jest „Simply Me”.
To był moment budzenia się do siebie, pierwszego spojrzenia w lustro bez uciekania wzrokiem.
Dziś jestem w innym miejscu, dalej w drodze, dalej pomiędzy, ale już z większą świadomością tego, co we mnie prawdziwe. Tamten tekst był początkiem tej historii. Ten dzisiejszy pokazuje, jak ta droga wygląda od środka teraz.
⸻
Od miesięcy balansuję pomiędzy tym, co było, tym co jest, a tym, na co czekam.
Ponad rok, konsekwentnie, krok za krokiem podejmuję działania, aby zmienić swoje życie. Kieruję się głosem serca, intuicji, ale też wkładam mnóstwo pracy w to, żeby utrzymać się w tym, na co fizycznie nie mam wpływu, pomimo zmian, jakie wprowadzam: odejścia z korporacji, zakończenia związku, który mi nie służył, zmiany nawyków i otoczenia, które ciągnęły mnie w dół.
Dużo pracy kosztowało mnie wyjście z pozycji ofiary, w której, oczywiście nieświadomie, tkwiłam latami. Ale bez tego nic by się nie wydarzyło.
I choć wydarzyło się wiele, pomału stawiam granice, słucham siebie, piszę, dzielę się tym, co tworzę, bo tak podpowiada mi serce, dalej podejmuję kroki, żeby blog rozwijał się razem ze mną. I to właśnie tutaj dochodzę do dzisiejszego momentu.
Bo można robić postępy, można się zmieniać, można budować coś swojego…
a jednocześnie dojść do ściany wewnętrznej wytrzymałości.
I dziś chyba dotknęłam właśnie tego miejsca.
Na ogół udaje mi się być pozytywną. Zauważać emocje, przeżywać je i puszczać.
Ale dziś… dziś coś pękło.
W tym balansowaniu chyba po raz pierwszy ta racjonalna część mnie, ta bardziej przyziemna, poległa.
A przecież wstałam pełna wdzięczności. Wyspana, pierwszy raz od dawna naprawdę wyspana. Napisałam nawet afirmację o tym, że ufam, iż Wszechświat mnie wspiera.
A potem było jedno spotkanie. To, które ma mi pomóc fizycznie i racjonalnie przetrwać to „pomiędzy”.
I wydarzyło się coś jakby poza mną.
Już prawie na spotkaniu zaczęłam czuć łzy. Chodziło o tymczasową pracę, pomost, który ma pozwolić mi nie wracać do korporacji, z której odeszłam, żeby ratować siebie przed wypaleniem.
A jednak coś we mnie poczuło, że to znowu krok w stronę życia w trybie przetrwania. Gdy tylko usłyszałam, że ta praca na mnie czeka i że to moja decyzja… coś pękło.
Zgodziłam się. Z trudem dotrwałam do końca spotkania. Wsiadłam do auta i zaczęłam płakać, jakby poza kontrolą.
Przyszła złość. Frustracja. Żal.
Że ja tak nie chcę.
Nie chcę udawać, że to jest OK.
Że kolejne miesiące mogę być „pomiędzy”.
Że mam dalej robić coś, co pozwala mi tylko przetrwać w trybie przetrwania.
Że nie mam już siły powtarzać sobie tej mantry.
Że ja już jestem gotowa wyjść z tego cholernego „pomiędzy”.
Że ten most jest już za długi.
Kilka godzin później piszę ten tekst.
Czy jest mi lżej? Trochę.
Czy czuję, że się cofam? Nie.
Ale czuję, że po raz pierwszy sama przed sobą przyznałam:
ja już nie chcę tak żyć. Nie chcę żyć w przetrwaniu.
Czy to siła, czy słabość?
Sama nie wiem.
Może jedno i drugie.
Na pewno moment, w którym moja mantra „to tylko na chwilę” przestała działać.
Po ludzku, zwyczajnie, jestem zmęczona.
Ale widzę też to, co już osiągnęłam. Piszę. Publikuję, trwam przy sobie…
Coraz bardziej czuję się blogerką (a powiedzenie tego na głos wciąż jest dla mnie wyjściem ze strefy komfortu, ale też oznaką, jak wiele już przepracowałam)
Uczę się siebie takiej, już nie skulonej i robiącej to, co wypada, ale mówiącej głośno, co czuję.
Nawet jeśli w tym momencie nie są to łatwe uczucia.
Nie jest tylko pięknie.
Ale jest prawdziwie.
Afirmacja na dziś:
„Pozwalam sobie być w prawdzie o tym, gdzie jestem.
Nie muszę udawać siły, żeby być silna.”
09 lutego 2026
Simply Me