Gdy cień zaczyna mówić.
Ile cienia w nas jest?
Pochowany pod warstwami strachu, lęku, chaosu, ukryty gdzieś głęboko.
Czasem to on chowa się przed nami, a czasem to my chowamy się przed nim.
Myślę, że tych cieni jest więcej niż jeden.
We mnie na pewno.
Zaczęłam swoje odgrzebywać jakiś czas temu,
kiedy poczułam, że żeby przejść dalej,
muszę poznać też tę część siebie… tę mniej wygodną.
Bo to my sami oceniamy się najostrzej.
Mój krytyk, choć latami z nim pracuję, nadal potrafi wypchnąć mnie ze sterów.
Pod koniec pracy w korporacji byłam tak zmęczona sobą,
że irytowało mnie, gdy ktoś mówił: „to tylko praca, nie jest najważniejsza”.
A ja twierdziłam, że tak się nie robi.
Że praca to najważniejsza rzecz na świecie.
Że trzeba dawać 100%, bo pieniądze, bo odpowiedzialność… bo tak trzeba.
A przecież prawda była inna.
Irytowałam się, bo ja też tak chciałam, umieć odpuścić.
Tylko nie potrafiłam. Wypalałam się.
Doprowadziłam do momentu, w którym już na sam widok parkingu bolał mnie brzuch.
Potem było tylko gorzej.
Nie odeszłam na czas.
To moje ciało musiało powiedzieć: „dość”.
Moje emocje musiały się poddać.
A strach przed oceną…przed tym, że będę niewystarczająca, nie taka, nie dość dobra, paraliżował mnie przez lata.
Dopiero kiedy zrozumiałam, że oceniam ludzi za to, co sama chciałabym umieć zrobić, zrozumiałam, że to mój cień.
Ten ukryty, ten, który boi się pokazać, bo boi się oceny.
Więc dziś zbieram się kawałek po kawałku.
Oswajam ten cień.
Uczę się siebie nie wykańczać.
Uczę się siebie zbierać, po trochu, każdego dnia, na nowo.
Afirmacja na dziś:
„Dziś pozwalam sobie widzieć to, co było ukryte.
Z łagodnością, bez oceny, kawałek po kawałku, zbieram siebie na nowo.”
01 grudnia 2025
Simply Me